Ciężki brąz po nocy dzwoni, 
Głucho chrzęszczą miecz i kask:
Niepotrzebny Coleoni
Przez miesięczny wjeżdża blask.

Stoję w oknie i laurami
Na ten wieczór zdobię skroń.
Uciekajcie! Cień za wami
Wyciągniętą wznosi dłoń!

Kto to krzyknął: "Już jest pora!",
Świeca zgasła, stychać stuk.
O! posągu Komandora,
Wejdź nareszcie za mój próg!

Ponad wino, dźwięk gitary
Wolę plaszcza twego gest.
Oto czekam twojej kary,
Abym wiedział, żeś ty jest.


Im głębiej idziem w życie, coraz większa troska,
Coraz większa nas nęka obawa tej chwili,
Gdy wreszcie się ostatnia zasłona rozchyli:
Biedna ludzka komedia - okaże się boska.

I serce zakochane raz po raz rozrywa
Sieć złotą, ktorą samo splątało niebacznie,
I zanim dla wieczności jak gwiazdy drgać zacznie,
Dla książek, jak ta mądrych, wnętrze swe odkrywa.

I radość w tym znajduje, gdy bije weń wściekła
Ulewa Bożych przestróg, i modłów dziecinnych.
Za siebie nie odmawia. Już tylko dla innych:
Chce by weszli do raju, nie schodząc do piekła.