Od wspaniałych się zastaw ciężko stół ugina,
Białe strzępy chryzantem pośród gorsów bieli.
Nalewam wciąż kieliszek, choć nie lubię wina,
Ale będę pił dzisiaj, aby mnie widzieli.

Jutro przyjdę tu także. Nic mnie to nie męczy:
Już trzecią noc się bawię bez zmrużenia powiek,
Nie tańczę ale słucham jak muzyka brzęczy.
Nie jestem gorszy od nich. Jestem zwykły człowiek.

Lecz nagle myśl jak piorun: "Skąd ja tu we fraku?'
Z hukiem pękła butelka, ciśnięta o ścianę.
Idioci! Wasze wino - wszystko sfałszowane.
Żeby pić takie świństwo - trzeba nie mieć smaku.


Im głębiej idziem w życie, coraz większa troska,
Coraz większa nas nęka obawa tej chwili,
Gdy wreszcie się ostatnia zasłona rozchyli:
Biedna ludzka komedia - okaże się boska.

I serce zakochane raz po raz rozrywa
Sieć złotą, ktorą samo splątało niebacznie,
I zanim dla wieczności jak gwiazdy drgać zacznie,
Dla książek, jak ta mądrych, wnętrze swe odkrywa.

I radość w tym znajduje, gdy bije weń wściekła
Ulewa Bożych przestróg, i modłów dziecinnych.
Za siebie nie odmawia. Już tylko dla innych:
Chce by weszli do raju, nie schodząc do piekła.