Od wspaniałych się zastaw ciężko stół ugina,
Białe strzępy chryzantem pośród gorsów bieli.
Nalewam wciąż kieliszek, choć nie lubię wina,
Ale będę pił dzisiaj, aby mnie widzieli.

Jutro przyjdę tu także. Nic mnie to nie męczy:
Już trzecią noc się bawię bez zmrużenia powiek,
Nie tańczę ale słucham jak muzyka brzęczy.
Nie jestem gorszy od nich. Jestem zwykły człowiek.

Lecz nagle myśl jak piorun: "Skąd ja tu we fraku?'
Z hukiem pękła butelka, ciśnięta o ścianę.
Idioci! Wasze wino - wszystko sfałszowane.
Żeby pić takie świństwo - trzeba nie mieć smaku.


Od żalu nie uciekniesz, nie ujdziesz goryczy, 
I każda twa pociecha - to widmo przeszlości.
Ach! czegóż się spodziewa i na cóż to liczy
Każdy z nas, co na tyle patrzał nikczemności?

I tylkoś jest zdziwiony, że jeszcze cię wzrusza
To drzewo całe w kwiatach, różowy wschód słońca,
I żyjesz aby twoja nieśmiertelna dusza
Co dane jej przecierpieć, cierpiała do końca.

Cóż z tego, że coś kochał - przemija jak dymy,
Że po tych, co odchodzą, żal serce ci toczy.
My z starym Sofoklesem spokojnie patrzymy
Na ten widok, na który chciatbyś zamknąć oczy.

przypisane Stanisławowi Balińskiemu