Rozchyl tylko raz zasłonę
Z niewidzialnej bieli,
A zobaczysz taką stronę,
Od której wzrok dzieli.
Ręką, z ciała uwolnioną,
Tkniesz umarłej drżące łono,
Ciężką bramę pchniesz zamknioną
Mamertyńskiej celi.

W twojej tylko, twojej mocy,
Byś zobaczył siebie,
Byś doczekał Wielkanocy
Na twym własnym niebie,
Ujrzał świętych, twarz przy twarzy,
Którzy zstąpią z swych witraży
I roztrącą ci grabarzy
Na twoim pogrzebie.


Chorału Bacha słyszę dźwięki,
Na niebo ciągną szare mgły,
I wszystko mi już leci z ręki:
Miłość i rozkosz, prawda, sny.

I w którąkolwiek pójdę stronę,
Wszędzie jesienny chrzęści chrust.
A jeszcze nic nie załatwione
I nie odjęte nic od ust.

Patrz! Dzikiej róży krzak serdeczny
W wichurze zeschły traci liść.
Ach! I Sąd jeszzce Ostateczny,
Na który trzeba będzie iść.